Kuba - luty 2010

Kuba z zaznaczoną trasą, którą pokonaliśmy - łącznie 3010km

Błąd serwera www

Fanklub Speleoklubu Bielsko-Biała

Założony 5 lipca 2008 roku w pobliżu Jaskini Pod Spiśskou

Błąd serwera www

Linki szczególne:

Błąd serwera www
Błąd serwera www
Błąd serwera www
Błąd serwera www
FSBB

Strona Główna

Kalendarz i Galerie

Członkowie

GPS

Chiny 2009

Kuba 2010

10 Wzniesień (SBB)

Linki

Sekcja Cyklistów (SBB)

Zacisk (SBB)

I.               Najważniejsze spostrzeżenia / uwagi / informacje po powrocie z Kuby - dla wyjeżdżających w samodzielną podróż.

 

Język

 

 

Na Kubie obowiązuje język hiszpański, ale w większych hotelach i na ulicach szczególnie w Hawanie można spotkać ludzi dobrze mówiących po angielsku. Zwiedzając wyspę warto jednak znać przynajmniej podstawowe słowa po hiszpańsku – liczebniki, podstawowe produkty żywnościowe (chleb, jajko, omlet), takie słowa jak śniadanie, kolacja, mieszkanie. Po prostu podstawy, żeby się dogadać w casas particulares, bo właściciele większości z nich nie znają w ogóle angielskiego (ani polskiego).

 

Co warto zobaczyć?

 

 

Hawanę (jej kolonialną architektura i przepiękne samochody)

dolinę Vinales (z bajkowymi, krasowymi krajobrazami pełnymi mogotów i jaskiń)

jaskinie Świętego Tomasza oraz Bellamar (i zapewne wiele innych)

Topes de Collantes (właściwie to warto przejść się i podziwiać samą ścieżkę do tego wodospadu)

Park Narodowy Zapata (pełny różowych flamingów, pelikanów, krabów, lagun, lasów mangrowych)

fabrykę cygar w Pinal del Rio (ręczna produkcja cygar)

Trynidad (miasto „otwartych domów” i salsy)

Cienfuegos (skromne, ale czyste i jeszcze nie wypełnione turystami)

odnaleziony cmentarz Indian w okolicy Banes – Museo El Chorro de Maita

skaliste i piaszczyste plaże na całym obwodzie wyspy – szczególnie te dzikie

 

Na co (wg nas) szkoda czasu?

 

 

Santiago de Cuba i okolice (szczególnie El Cobre)

muzeum automobilizmu (poza kilkoma okazami – niestety zdezelowanymi – większość eksponowanych pojazdów w zdecydowanie lepszym stanie jeździ po drogach Kuby)

dolinę trzciny cukrowej pod Trynidadem (nie imponuje szczególnie, że z upraw trzciny niewiele pozostało)

 

Na co szczególnie uważać?

 

 

należy być ostrożnym przy zawieraniu jakiejkolwiek znajomości – szczególnie w miejscach turystycznych pełno jest naciągaczy i oszustów

jadąc samochodem nie należy zabierać pasażerów i nie trzeba się zatrzymywać na machanie ręką mundurowych – często oni również tylko czekają na transport (najlepiej zatrzymywać się wyłącznie w miejscach oznaczonych Punto de Control oraz wtedy, gdy policjanci są dobrze widoczni i zmotoryzowani)

wjeżdżając do świątyni w El Cobre na oszustów, którzy podszywając się pod „oficjalnych parkingowych” próbują wyłudzić opłaty (nawet 25 CUC/osobę) – wizyta i parking są całkowicie darmowe (wg stanu na luty 2010)

na dziury w drogach – makabryczne

na pieszych, którzy są wszędzie

na zwierzęta – nie tylko święte krowy

 

Co kupić w Polsce, a co na Kubie?

 

 

Z Polski warto zabrać siatkę  długopisów – może być jednorazowych – bo na każdym kroku Kubańczycy proszą o taki podarunek. Można zabrać również kredki dla dzieci i trochę cukierków. Nie warto zabierać mydeł, past do zębów o których piszą w różnych przewodnikach, bo nikt ich nie oczekuje.

Na Kubie opłaca się kupić rum – Habana Club we wszystkich odmianach. Najtańszy i dobry Aniejo kosztuje tam 5 CUC, a w sklepie w Polsce 55 zł. Wg naszych informacji legalnie można wywieźć 3 butelki na osobę (w przewodnikach są różne rozbieżne informacje).

 

Najważniejsze koszty / ceny?

 

 

W lutym 2010 wartość 1 CUC była niemal równa 1 USD.

 

Ważne – na Kubę nie należy brać dolarów amerykańskich, bo są obciążone dodatkowym podatkiem. Najlepiej zabrać odpowiednią kwotę w Euro i wymienić na Peso Convertible w Hawanie (30 Euro wymienić na lotnisku, żeby mieć na taksówkę do centrum i drobne wydatki, a pozostałą kwotę w którymś z Banków „Commerciale”, bo kurs zdecydowanie lepszy niż na lotnisku)

 

Bilety lotnicze 3200 zł/osobę

Ewentualna dopłata za przebookowanie biletów lotniczych 100 Euro/osobę

 

Taksówka z lotniska do centrum Hawany 20 CUC (trzeba negocjować i uzgodnić przed wejściem do taksówki!)

 

Casa particulares (ceny za dwie osoby): nocleg 20-35 CUC, śniadanie 8 CUC, kolacja 16-24 CUC

 

Wynajęcie w Cubacar samochodu klasy ekonomicznej (Hyunday Atos): 60 CUC/dobę (z wszelkimi ubezpieczeniami), dodatkowo, zwyczajowo 2 CUC za pilnowanie auta w nocy, paliwo 1 CUC/litr. Przy wynajmowaniu trzeba jeszcze wpłacić 150 CUC kaucji i 40 CUC za pełny bak paliwa. Za wynajem płaci się „z góry” za wszystkie uzgodnione dni, a tankowanie należy zaplanować tak, żeby oddać auto z pustym bakiem.

 

Piwo 350 ml: 1.0-1.3 CUC

 

Rum Habana Club 0.7 litr: Anejo 5 CUC, 5 letni 8 CUC, 7 letni 15 CUC, 14 letni 150 CUC

II.              Szczegółowa relacja z naszej wyprawy.

 

09-10.02.2010 – Hawana

 

 

Pierwszego dnia zwiedziliśmy Vedado (w tym największy cmentarz na Kubie oraz 109 metrową wieżę widokową stojącą obok Memorial Jose Marti), a drugiego La Habana Vieja i Gran Parque Morro-Cabana. Jesteśmy pod dużym wrażeniem architektury Hawany. Ludzie również bardzo pomocni i sympatyczni. Miasto pełne wspaniałych samochodów, ale niestety także spalin z nich się wydobywających. Trochę trudno się odnaleźć w miejskiej komunikacji, dlatego żeby się przemieścić na drugą stronę kanału (tunelem nie da się przejść) do Castillo del Morro wynajęliśmy prywatnego przewoźnika spotkanego w porcie – początkowo chciał za przewiezienie nas 10 CUC, później mówił, że taniej niż za 5 CUC nie może jechać, ale ostatecznie zadowolił się kwotą 3 CUC. Przejażdżka Ładą 2103 z 1978 roku była wyjątkowo pobudzająca (szczególnie dla Beaty). Ku naszemu zaskoczeniu teren Castillo w najciekawszych (dla nas) fragmentach nie był objęty „strefą turystyczną”, więc mogliśmy się przemieszczać murami i schodami tak, jak nam się tylko podobało. Mieszkanie w Hawanie kosztowało nas 30 CUC / noc + 8 CUC za śniadania. Było bardzo czyste, ale nad ranem stawało się głośne (jak chyba wszystkie mieszkania w Hawanie, po której jeżdżą wszelkiej wielkości samochody i motocykle, a o 4 nad ranem… pieją koguty).

 

11.02.2010 w kierunku zachodnim – do Vinales

 

 

W Hawanie udało nam się, bez wcześniejszej rezerwacji i problemu, wynająć samochód klasy ekonomicznej (koszt 60 CUC / dzień + paliwo 1 CUC / litr). Po rozpoznaniu innych możliwości komunikacyjnych i analizie czasu jaki mieliśmy do powrotu do Polski, zdecydowaliśmy o wynajęciu samochodu na cały wyjazd (9 dni). O godzinie 9:00 wyruszyliśmy w kierunku Vinales zwiedzając po drodze dziką plażę. Pomimo nikłej ilości znaków drogowych i słabej jakości mapy jaką posiadaliśmy bez problemu dojechaliśmy do Vinales i rozpoczęliśmy od poszukiwania Casa Particulares. Wjechaliśmy na boczną, równoległą do głównej, ulicę i zatrzymaliśmy się pod jednym z domów. Właściciel pokazał nam pokój i zdecydowaliśmy się tam zostać (nocleg 20 CUC, kolacja 20 CUC, śniadanie 8 CUC, wino chilijskie  – niestety nie kubańskie, bo podobno niedobre – 10 CUC). Zostawiliśmy w domu bagaże i po południu pojechaliśmy obejrzeć malowidła naskalne i wybraliśmy się na wycieczkę do Jaskini Świętego Tomasza. Wycieczka do jaskini podobno kosztuje 10 CUC za osobę, ale przewodnik jak się dowiedział, że jesteśmy członkami polskiego Speleoklubu od razu powiedział, że chętnie nas oprowadzi bez jakichkolwiek opłat. W 6 osobowej grupie zwiedziliśmy bardzo ciekawą jaskinię – ciekawą, bo pełną fantastycznych nacieków, zamieszkałą przez kraby (!), gorącą (26 st.C), i wilgotną (98%). Dostaliśmy również ofertę pójścia do ciągów niedostępnych turystycznie, ale musielibyśmy czekać na tę wycieczkę do niedzieli, co ze względu na nasze dalsze plany było niemożliwe. Wieczorem pojechaliśmy jeszcze nad morze do Puerto Esperanza i tuż przed zmrokiem wróciliśmy do Vinales. Przed kolacją spacerowaliśmy jeszcze po centrum wioski i na 20:00 przyszliśmy na kolację (Langusta w sosie pomidorowym, ryż z fasolą, chipsy bananowe, pomidory, ogórki, wino – wszystko bardzo smaczne). Kolację zjedliśmy w towarzystwie Hiszpan, którzy również przyjechali na wycieczkę na Kubę.

 

12.02.2010 przez Pinar del Rio na wschód do Playa Larga

 

 

Po sytym śniadaniu (owoce, omlet, bułki, świeży sok, kawa) wyruszyliśmy do Pinar del Rio. O 9:00 rozpoczęliśmy zwiedzanie fabryki ręcznie wykonywanych cygar (10 CUC / osobę i brak możliwości wykonywania zdjęć). Zwiedzanie polega na przechodzeniu wzdłuż barierki oddzielającej od pracowników cały czas wykonujących swoją pracę – na różnych etapach produkcji cygar od selekcji i kontroli liści na poszczególne (cztery) warstwy, poprzez wytwarzanie (skręcanie, prasowanie i przycinanie), kontrolę jakości (wizualną i smakową) aż do etapu znakowania i pakowania. Atmosfera w fabryce chyba nie zmieniła się przez ostatnie 100 lat… Wszyscy pracownicy są ciągle kontrolowani przez „odpowiednią personę” a z głośnika płynie głos jakiegoś urzędnika „nawołującego do wysilonej pracy na rzecz rewolucji” (to, co w cudzysłowie, to nasza interpretacja, bo niestety nie rozumieliśmy, co mówił „pan w głośniku”, ale faktem jest, że cały czas coś mówił, więc raczej nie o pogodzie…). Najciekawszą z wszystkich prac miał pan w dziale „kontroli smakowej”, który wybierał cygara z różnych serii i najzwyczajniej w świecie je palił i odkładał na odpowiednich szufladek. Po zwiedzeniu fabryki i zakupie w firmowym sklepie kilku cygar dla znajomych ruszyliśmy „Autopista Nacional” (autostradą o 3 pasach w każdym kierunku i natężeniem ruchu około 10 aut na… 10 minut) w kierunku wschodnim, a po około 80 km zjechaliśmy na boczne drogi w kierunku Rezerwatu Zapata. Mimo autostrady, około 300 km podróż trwała 6 godzin (z powodu dziur na drogach i jakości pojazdu, którym się poruszaliśmy). Do miejscowości Playa Larga dotarliśmy późnym popołudniem i udaliśmy się do miejscowego hotelu w celu wynajęcia jednego z kilkudziesięciu domków. Jakież zdziwienie nas ogarnęło, jak dowiedzieliśmy się, że nie ma miejsc! Cały teren prawie pusty, a recepcjonista twierdzi, że nie ma wolnego pokoju. Nie zrażeni niczym pojechaliśmy do oddalonego o 30 km Playa Giron w którym znajdował się jeszcze większy i jeszcze bardziej pusty teren hotelowy. „Pusty” oznacza „zajęty”! Tutaj również recepcjonista oznajmił „no free rooms”. Stwierdziliśmy, że wracamy do Playa Larga, bo tam o 8 rano byliśmy umówieni z przewodnikiem na zwiedzanie Rezerwatu Zapata, a poza tym widzieliśmy wiele Casas Particulares w których na pewno przenocujemy. „Na pewno” oznacza „bez szans”. Bardzo sympatyczna pani z jednego z domow posiadających pokoje do wynajęcia próbowała nam znaleźć coś wolnego dzwoniąc do większości Casas we wiosce (łącznie jest ich około 30), ale niestety okazało się, że nie mamy szans na znalezienie miejsca do noclegu. Wróciliśmy zatem do pierwszego hotelu, bo nie wierzyliśmy, że wszystkie pokoje są zajęte. Beata mocno zdeterminowana wymusiła na recepcjonistce informację, co oznacza brak wolnych pokoi, jeśli widać, że większość jest pustych – okazało się, że są po prostu zarezerwowane. Pani recepcjonistka zaproponowała nam, żebyśmy poczekali godzinę, to może ktoś, kto zarezerwował pokój nie pojawi się w hotelu. Po dwóch godzinach pani stwierdziła, że niestety ma wszystkie rezerwacje potwierdzone. Beata zapytała, czy możemy spać w samochodzie na terenie hotelowym (żeby było bezpieczniej) – Pani nie miała z tym najmniejszego problemu pod warunkiem, że nie będziemy spali przy wejściu do recepcji. Położyliśmy się zatem pod palmą, Beata zasnęła, ale ja jakoś nie mogłem znaleźć wygodnej pozycji. O 23:00 do auta podszedł strażnik mówiąc coś po hiszpańsku – okazało się, że do jednego z pokoi jednak nikt nie przyjechał, więc możemy go zająć. Nie bardzo byliśmy z tego powodu szczęśliwi (bo już nam się spodobało spanie „pod chmurką”), ale udaliśmy się do naszego apartamentu (nie do końca naszego, bo mieszkała w nim jeszcze zielona jaszczurka). Pokój ze śniadaniem w hotelu kosztował 40 CUC.

 

13-14.02.2010 Rezerwat Zapata i dalej na wschód do Trynidadu

 

 

13.02.2010, o umówionej porze – „około 8:00” – stawiliśmy się pod budynkiem zarządzających ruchem w Rezerwacie Zapata. Mieliśmy zabrać ze sobą do samochodu jednego z przewodników i pojechać z nim na 42 km (21 km wzdłuż Bachia de Cochinos i powrót) wycieczkę po parku. Nie byliśmy zdziwieni tym, że w budynku nikogo nie było (chociaż było wszystko otwarte, rzeczy zostawione na stołach, włączony telewizor…), bo przecież na Kubie jest „mańana”. Pomoc w poszukiwaniach zaoferował jeden z przechodniów i chyba był nieźle zorientowany, bo od razu poszedł szukać… w krzaki. Po kilkunastu minutach poszukiwań pan się poddał i powiedział nam, że musimy po prostu poczekać. Poczekaliśmy i tuż przed 9:00 pojawił się strażnik, z którym rozmawialiśmy dzień wcześniej nt. możliwości wjazdu do rezerwatu. Strażnik nam oznajmił, że dzisiaj jest zaskakująco duży ruch, a przewodników jest tylko 4 z tym, że jednego po prostu nie ma a jeden jest w szkole (nie wiem, czy uczył, czy był uczony). Wyszło na to, że „zaskakująco duży ruch”, to dwie grupy wycieczkowe… Strażnik nam powiedział, żebyśmy przyjechali o godzinie 10:00. Mieliśmy godzinę czasu, więc pojechaliśmy na plażę, żeby się wykąpać. Po powrocie pod budynek „parku” stwierdziliśmy, że… znów świeci pustkami. Postanowiliśmy jednak chwilę poczekać i po chwili zobaczyliśmy idącego w naszym kierunku mężczyznę w zielonym podkoszulku. Okazało się, że sympatyczny pan chętnie oprowadzi nas po rezerwacie, tylko… skoczy po piwko. W końcu się udało. Pojechaliśmy do rezerwatu i dzięki wprawnemu oku przewodnika i lornetce zobaczyliśmy mnóstwo różnych gatunków ptaków, a w tym najmilsze oku flamingi i pelikany, poza ptakami kraby, lasy mangrowe i laguny. Wycieczka naprawdę warta polecenia i swojej ceny (10 CUC za osobę + 7 CUC za przewodnika – my łącznie zapłaciliśmy 28 CUC, bo przewodnik nie pomyślał, żeby nam dać resztę z otrzymanej kwoty). Po wizycie w rezerwacie pojechaliśmy na plażę, żeby się wykąpać, jednak ze względu na to, że pogoda zaczynała się psuć, zrobiło się zimno i po około 30 minutach plażowania i nurkowania stwierdziliśmy, że czas ruszyć do Trynidadu. Nie spiesząc się zbytnio dotarliśmy do celu o około 17:00. Udało nam się znaleźć bardzo fajną Casa Particulares z garażem dla naszego pojazdu (nauczeni doświadczeniem innych turystów staraliśmy się szukać bezpiecznych miejsc dla auta i wynajmować ochronę na noc – zawsze kosztowała 2 CUC, czyli 6 zł). Podczas rozmowy z właścicielką nt. pokoju do wynajęcia okazało się, że tuż przed nami dotarł do niej jeszcze jeden Polak – Tomek z Warszawy. Od Tomka dowiedzieliśmy się, że od 21:00, na schodach obok katedry można potańczyć Salsę. Impreza warta polecenia wszystkim, którzy lubią tańczyć, ale również wszystkim (takim jak my), którzy lubią popatrzeć na tańczących i posłuchać świetnej muzyki na żywo. Z ciekawostek – na drugim placu Trynidadu odbywała się w tym samym czasie alternatywna impreza dla młodzieży kubańskiej – wielka dyskoteka pod gołym niebem przy nowoczesnej, światowej muzyce.

 

14.02.2010 spędziliśmy zwiedzając Trynidad i jego okolice. Miasto urzeka otwartością – prawie wszystkie okna kamienic są wprawdzie zakratowane, ale podobnie jak wieczorem, tak i w ciągu dnia siedzą w nich mieszkańcy i obserwują ruch uliczny. A przechodnie – idąc wzdłuż kamienic mogą obserwować, czym zajmują się domownicy. Dla europejczyka taki stan rzeczy nie jest zbyt naturalny, ale jak widać kubańczycy mają taki styl „we krwi”. Idąc ulicą ma się wrażenie, że wszyscy tutaj żyją wspólnie – miasto jest jednym, wielkim mieszkaniem z pokojami oddzielonymi wyłącznie gustownie wykonanymi kratami. Nad Trynidadem góruje wzniesienie z budowaną właśnie wieżą telekomunikacyjną. Warto pójść na 30 minutowy spacer, żeby podziwiać panoramę miasta i okolic. Po drodze na górę przechodzi się koło ruin starego szpitala (o tym dowiedzieliśmy się od znajomych Kanadyjczyków, bo w naszych przewodnikach nie było mowy o takiej budowli) oraz jaskini w której wieczorem organizowane są dyskoteki (niestety w dzień była zamknięta i nie dane nam było jej zobaczyć).

Po południu pojechaliśmy kilka kilometrów za Trynidad, żeby obejrzeć Topes Collantes – podobno najpiękniejszy wodospad na Kubie (z Trynidadu wyjeżdża się w kierunku Cienfuegos i po 2-3 kilometrach za miastem skręca w prawo zgodnie z drogowskazami i jedzie jeszcze około 15-17 km). Samochód należy zaparkować pod restauracją (w Pascalu piszą, że nazywa się Casa de la Gallega i jest pokryta graffiti, ale my nie znaleźliśmy żadnej nazwy, ani malowideł) i zejść 400 metrów szlakiem Salto de Caburni, aż do wodospadu. Dojazd do szlaku jest dobrze oznakowany i nie powinno się mieć problemu z jego odnalezieniem. Ważne jest jednak to, żeby przed wjazdem na teren ośrodka wypoczynkowego zapłacić na bramie należność za wstęp do parku – 4 CUC za osobę. Można wprawdzie obejść strażnika, ale na szlaku zdarzają się kontrole biletów (mieliśmy taką). W przewodnikach piszą, że wodospad ma 75 metrów wysokości, ale w rzeczywistości tworzy on ciąg kilku progów bardziej lub mniej pionowych, co powoduje, że nie czuje się żadnej jego „potęgi”. Warto jednak wybrać się na wycieczkę szlakiem, bo jest on niezwykle malowniczy – potężne drzewa, ciekawe palmy, ptaki, rewelacyjne formy krasowe, martwice – naprawdę jest się czym zachwycić. Według znaków szlak powinien zająć 1 godzinę w dół do wodospadu i 2 godziny w górę. My zrobiliśmy dokładnie odwrotne czasy – w dół szliśmy ponad dwie godziny (robiąc zdjęcia, wchodząc do jaskini, klucząc trochę poza szlakiem „jeszcze tylko do palmy”), a w górę 45 minut.

Do auta wróciliśmy około 16:00, więc mieliśmy jeszcze 2 godziny do zmroku. Postanowiliśmy te dwie godziny wykorzystać na odnalezienie jeziora zaznaczonego na mapie w okolicy Kurhotelu – nasze wyczucie krajobrazu poddawało pod wątpliwość możliwe występowanie w tym rejonie tak dużego zbiornika wodnego. Nie wiem, czy był to efekt naszego nastawienia, ale zjeździliśmy autem całą okolicę i nie znaleźliśmy nawet śladu tego jeziora… Ciekawe. Wracając do Trynidadu podjechaliśmy jeszcze pod monument bohaterów rewolucji i na dziką plażę (przed znaną La Boca), żeby zażyć 10 minutowej kąpieli w zatoce Sancti Spiritus.

 

15.02.2010 z Trynidadu do Bayamo

 

 

Przejazd z Trynidadu do Bayamo (około 500 km) trwał ponad 8 godzin. Fatalna jakość dróg, oraz blokujący drogę w Ciego de Avila wyścig kolarski nie pozwalały na szybkie przemieszczenie się między miastami. Krajobraz tej części wyspy jest dosyć monotonny i po kilkudziesięciu minutach jazdy autem odczuwa się pewne zmęczenie. Całe szczęście oprócz krajobrazów na wyspie są też ludzie, a oni potrafią urozmaicić nawet najbardziej jałowy obraz. Jedną z takich ciekawostek zafundowali nam tzw. drogowcy – jadąc normalną drogą w pewnej chwili wjechaliśmy na… roztopiony asfalt. Pogoda tego dnia nie wskazywała na to, żeby było aż tak gorąco, żeby topił się asfalt (pochmurno, wietrznie, a później deszczowo), więc byliśmy trochę zdziwieni zmianą stanu nawierzchni drogowej. Po pokonaniu zakrętu zrozumieliśmy o co chodzi – na naszym pasie drogowcy właśnie kładli nowy asfalt. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby zamknąć ulicę, czy też postawić jakikolwiek, nawet najmniejszy znak robót drogowych, ograniczenie prędkości itp. Nic! Po prostu walec walcuje, a auta już jeżdżą. Po wyprzedzeniu walca (co nie było trudne, bo jechaliśmy za rosyjskim Ziłem, który spychał samochody jadące z przeciwka do rowu) wjechaliśmy na tzw. tłuczeń – w tym miejscu chłopaki zerwali asfalt i trzeba było trochę zwolnić, żeby nie wybić sobie zębów na dziurach. Niestety Ził w tych warunkach był zdecydowanie szybszy od naszego Atosa dalszą drogę musieliśmy torować sobie sami.

Do Bayamo dotarliśmy około 17:00, dosyć szybko znaleźliśmy Casa Particulares (w samym centrum 30 CUC za noc + 8 CUC śniadanie + 2 CUC ochrona auta) i poszliśmy zwiedzić „starówkę”. Pomimo tego, że nasi znajomi Kanadyjczycy odradzali nam wizytę w tym mieście zostaliśmy pozytywnie zaskoczeni – centrum ładnie odnowione (ładnie poza tzw. Spacerniakiem, który wprawdzie odnowiony, ale w stylu trochę dyskusyjnym), ludzie przychylni, a „naganiacze” nie narzucający się. W centrum zapytaliśmy jednego z kubańczyków zapraszających nas na Mojito, gdzie możemy dobrze zjeść w mieście – zostaliśmy skierowani do Paladar El Polinesio (lokal prywatny, opisywany również w Pascalu). Znalezienie knajpki nie jest problematyczne, ale my długo wahaliśmy się, czy dobrze trafiliśmy – lokal znajduje się na tarasie na piętrze i trzeba do niego przejść przez… mieszkanie właściciela. Jeden z synów (chyba) właściciela zapytany „Do you speak English?” skinął głową na tak, więc poszliśmy za nim. Jak się za chwilę okazało nikt z obsługujących nie znał nawet podstawowych zwrotów w English, więc radziliśmy sobie na migi (panowie nie posiadali żadnego menu nawet po hiszpańsku). Po złożeniu zamówienia (kurczak z dodatkami + piwo) zobaczyliśmy, że jeden z „synów” wybiega z siatką do sklepu. Po kilkunastu minutach przyniósł produkty i rozpoczęło się przyrządzanie posiłku. Czekaliśmy około 30-40 minut, ale w końcu otrzymaliśmy całkiem smaczne jedzenie (16 CUC – w tym 3 piwa).

Przed snem wypiliśmy jeszcze odrobinę rumu i udaliśmy się na spoczynek. Nie było łatwo, bo podczas szukania noclegu nie pomyśleliśmy, że mieszkanie tuż pod zegarem na wieży może być narażone na dźwięki wybijania kolejnych godzin. Ten zegar w dodatku okazał się być „kwadransowym”… Niedogodności nocne wynagrodził nam (a właściwie mnie, bo Beata skorzystała z zatyczek do uszu) widok śniadania, które przyrządził nam właściciel mieszkania. Piękna zastawa w otoczeniu kolonialnego umeblowania, kryształów i innych gadżetów naprawdę zrobiła na nas wrażenie. Po śniadaniu wyruszyliśmy dalej na wschód wyspy.

 

16.02.2010 do Santiago de Cuba

 

 

Zgodnie z planem w drodze do Santiago zatrzymaliśmy się w świątyni w El Cobre – miejscu kultu katolików. Miejsca tak ważnego dla Kubańczyków, jak Częstochowa dla Polaków. Niestety już sam wjazd do miasta niemiło nas zaskoczył – mężczyzna, legitymujący się dokumentem potwierdzającym rzekomo, że jest oficjalnym parkingowym, zażądał od nas po 25 CUC za osobę za wjazd na teren świątyni. Po chwili, widząc nasz opór, zaproponował, abyśmy mu zapłacili po 10 CUC od osoby. Kiedy Beata powiedziała (po Polsku), że wszędzie wstęp kosztuje 2 CUC stwierdził (po Hiszpańsku), że ta kwota też mu odpowiada. Ostatecznie, prawie go taranując odjechaliśmy nic nie płacąc. Po około 500 metrach sytuacja się powtórzyła – znów zostaliśmy zatrzymani, ale mając już pewne doświadczenie, po szybkiej wymianie zdań, odjechaliśmy w kierunku parkingu (bo nadal na nim nie byliśmy). Na parkingu czekało na nas około 10 mężczyzn w wieku 18-25 lat, którzy znów do nas krzyczeli, że musimy im zapłacić za święte obrazki, które nam wrzucali przez otwarte okno. Beata sprytnie odrzucała obrazki. Zatrzymaliśmy się na parkingu, na którym starszy pan wskazał nam miejsce i delikatnym ruchem ręki (tak, żeby naciągacze nie widzieli) pokazał nam, że mamy im nic nie płacić. W drodze z parkingu do świątyni byliśmy oblegani (właściwie nękani) przez różnych handlarzy „pamiątkami”. Mówili do nas po Hiszpańsku, więc my do nich po Polsku (nic nie kupiliśmy). Świątynię warto zwiedzić pod kątem religijnym. Tym, którzy oczekują wyłącznie obejrzenia ciekawych pamiątek kultu religijnego raczej odradzam, bo poza tajemniczą figurą Matki Bożej niewiele jest w kościele interesujących obiektów (chyba, że kogoś interesują modele części ludzkiego ciała – np. kobiecych piersi – pod jednym ze świętych obrazów – z prośbą o uzdrowienie lub w podziękowaniu). Po powrocie do auta stwierdziliśmy, że damy starszemu panu 1 CUC za pilnowanie auta (cały czas stał obok) – to był błąd, bo jak tylko ruszyliśmy, jeden z naciągaczy ordynarnie zabrał mężczyźnie wręczoną przez nas monetę. Przestrzegamy przed tym miejscem i ludźmi – generalnie wstęp do świątyni i parking są całkowicie bezpłatne.

Po zwiedzeniu świątyni pojechaliśmy do Santiago de Cuba, gdzie od razu udaliśmy się do casa particulares, której adres otrzymaliśmy od pani z Trynidadu. Na miejscu zaproponowano nam, żebyśmy się przemieścili kilka ulic dalej, do mieszkania córki – to był strzał w 10, bo córka świetnie znała angielski, więc porozumiewanie w końcu nie stanowiło żadnego problemu. Po południu spacer po Santiago – w naszej ocenie nieprzyjaznym i nieciekawym mieście. Nieprzyjaznym, bo pełnym ludzi zaczepiających turystów w bardzo agresywny sposób – jedni proponowali mieszkanie, jedzenie, taksówkę, a inni po prostu żebrali (co podobno na Kubie jest zabronione i surowo karane). W żadnym z poprzednich miast nie spotkaliśmy się z takim brakiem przychylności. W mieście nie ma zbyt wielu ciekawych obiektów / miejsc do zwiedzania. Są wprawdzie muzea związane szczególnie z rewolucją i jej działaczami, ale ze względu na to, że prawie wszystko na Kubie opisywane jest po hiszpańsku stwierdziliśmy, że dla nas nie ma sensu taka wycieczka. Godzina spaceru po Santiago była dla nas wystarczająca, więc tuż po południu wybraliśmy się za miasto, aby zobaczyć muzeum samochodów (wejście 1 CUC od osoby – warto tylko ze względu na wystawione kilka pojazdów – Fordy A i T, BMW Isetta z otwieranym przodem oraz Maya Cuba – podobno jedyne auto skonstruowane i produkowane przez chwilę na Kubie, pozostałe auta w stanie dramatycznym – zdecydowanie gorszym od tych, które do dziś poruszają się po drogach wyspy). Następnie wybraliśmy się na szczyt La Gran Piedra o wysokości ok. 1200 m.npm. Pierwsze 1100 m pokonuje się samochodem, a ostatnie dokładnie 100 metrów betonowymi schodami). Ze szczytu miał się rozciągać piękny widok, ale niestety pogoda nam nie sprzyjała i zobaczyliśmy tylko przez chwilę brzeg morza oraz najbliższe zbocze górskie. Na szczytowym trójnogu umieściliśmy naklejkę klubową.

Wieczorem wybraliśmy się do Fortaleza del Morro – bardzo ładnego fortu strzegącego wejścia do Bahia de Santiago. Fortecę warto zwiedzić (4 CUC od osoby + 1 CUC za możliwość wykonywania zdjęć) ze względu na jej ciekawą budowę – 5 poziomów, labirynt schodów i korytarzy oraz ze względu na rozciągające się z jej tarasów piękne widoki. Na fortecę pojechaliśmy o takiej porze, żeby zdążyć na codzienną paradę żołnierzy połączoną z wystrzałem ze średniowiecznej armaty. Niestety okazało się, że „dzisiaj akurat pokazu nie będzie” (nie wiemy dlaczego,  bo pomimo tego, że miejsce jest często odwiedzane przez turystów, żaden z pracowników nie znał angielskiego).

Wieczorem w naszej casa particulares zjedliśmy bardzo smaczną kolację (ryby, krewetki) i mieliśmy możliwość przyjrzenia się prywatnej lekcji salsy.

 

17.02.2010 do Camaguey przez cmentarz Indian w okolicy Playa Guardalavaca

 

 

Kolejny dzień, to początek podróży powrotnej do Hawany (od której dzieliło nas prawie 1000 km). Cel dzisiejszego dnia, to dojazd do Camaguey, ale po drodze chcieliśmy zwiedzić jeszcze północno-wschodnie wybrzeże ze słynną plażą Guardalavaca oraz odnaleziony i udostępniony turystycznie cmentarz Indian zamieszkujących tę okolicę tuż przed przybyciem Kolumba. Niestety pochmurna i wietrzna pogoda nie zachęciła nas do zwiedzenia plaży (zresztą była silnie zabudowana przez obiekty hotelowe), a poszukiwanie cmentarza – Museo El Chorro de Maita – zajęło nam więcej czasu niż przypuszczaliśmy (z Pascala wynikało, że muzeum jest w okolicy Banes, a w rzeczywistości było 6 km przed Playa Guardalavaca – jadąc z Banes trzeba wypatrywać, po lewej stronie drogi, znaku wskazującego skansen Indian). Muzeum warte odwiedzenia (2 CUC od osoby) szczególnie, że osoba oprowadzająca z pasją opowiada o historii cmentarzyska i odkryciach archeologów (dodatkowo pan mówi po angielsku!). Zwiedzanie muzeum trwało około 30 minut, a po rozmowie z panem stwierdziliśmy, że nie czujemy ciśnienia, żeby obejrzeć zlokalizowany po drugiej stronie drogi skansen wioski indiańskiej (współczesna rekonstrukcja). Po poczęstowaniu miejscowej dziewczynki kilkoma przywiezionymi z Polski „krówkami” ruszyliśmy do Camaguey.

Wykorzystując adres podany przez Panią z Santiago, w Camaguey zameldowaliśmy się w bardzo dużej, z pięknym ogrodem casa particulares (nocleg 25 CUC + śniadanie 8 CUC + auto 2 CUC). Pani właścicielka była bardzo niezadowolona, że nie chcemy kolacji, ale my po zjedzeniu sytego śniadania w Santiago i wyposażeni w konserwę z Polski (którą chcieliśmy w końcu zjeść) nie mieliśmy ochoty na kolejną wielką wyżerkę. Już w ciemnościach wybraliśmy się do centrum na Mojito i zwiedzenie miasta. Wg naszych znajomych z Kanady miasto miało być nieciekawe, ale na nas zrobiło bardzo pozytywne wrażenie – piękne i odnowione kamienice, bardzo przychylni i nie narzucający się ludzie oraz wystawiony na półce w sklepie… sos TaoTao o nazwie „Sos słodki” opatrzony wyłącznie polskimi napisami… Podejrzewamy, że sos pojawił się tutaj z jakiegoś zagubionego kontenera, który miał przypłynąć do Polski, a trafił przypadkowo na Kubę. Miła ciekawostka.

 

18.02.2010 przez słynne turystycznie Varadero do Matanzas

 

 

Po wczesnym śniadaniu i wymianie kolejnych 200 Euro w Banku Commerciale, ruszyliśmy główną kubańską drogą do Matanzas. Po drodze Beata robiła wiele zdjęć przez okno – szczególnie pojazdów poruszających się po i obok drogi (bryczki „samoróbki”, Ziły wywrotki przewożące komplet pasażerów na „kiprze”, Tiry z naczepami przystosowanymi so przewozu ludzi, rowery, riksze). Czym bardziej zbliżaliśmy się do Varadero, tym większe zmiany dostrzegaliśmy za oknem – coraz ładniejsze budynki, coraz lepsze drogi. Jak dotarliśmy na półwysep oczom naszym ukazał się zupełnie inny świat od tego, który oglądaliśmy przez ostatnie 7 dni. Pięknie wyremontowane drogi, nowoczesne, ogrodzone hotele, jachty, motorówki – wszystko to, co normalny turysta powinien widzieć podczas swojego urlopu. Zero Kuby! Pomiędzy terenami dwóch wypasionych hoteli znaleźliśmy wejście na plażę na której przywitał nas znak (odwrócony do nas tyłem) z napisami w pięciu językach ostrzegający turystów hotelowych o tym, że poza tablicą jest niebezpiecznie i ktokolwiek zdecyduje się na wyjście poza jej obrys robi to na własne ryzyko. Nawet się nie spodziewaliśmy, że wszystkie dni na Kubie były dla nas tak wielkim zagrożeniem. Po zrobieniu kilku zdjęć plaży (nadal było pochmurno i zimno) minęliśmy tablicę w kierunku niebezpiecznym i ruszyliśmy do Matanzas. Wyjeżdżając z miasta zaskoczyła nas jeszcze opłata (2 CUC) za autostradę – wprawdzie autostrada była drogą o najlepszej nawierzchni na całej Kubie, ale nie spodziewaliśmy się, że w państwie, gdzie rządzi rewolucja stosuje się takie praktyki. Ale rozumiemy – czego nie robi się dla turystów, żeby czuli się jak w domu. Dociekliwym polecamy poszukanie objazdu bramek autostradowych, bo mamy wrażenie, że bez problemu można je ominąć jadąc drogami pobliskich miejscowości.

Pod wieczór przyjechaliśmy do Matanzas i zaczęliśmy poszukiwania noclegu. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy się okazało, że wszystkie casa particulares (około 100) są zajęte! Dzięki bardzo miłej Pani w jednym z domów, która wykonała kilkanaście telefonów udało nam się jednak otrzymać nocleg u skrzypka Orkiestry Symfonicznej z Matanzas. Skrzypek przyjechał po nas Moskwiczem z początku lat 70’tych i tłumaczył swoje obdarte i zakrwawione ubranie tym, że właśnie przed domem… zarzynał świniaka i mu trochę przerwaliśmy. Pan był jednak wyjątkowo sympatyczny, a drzwi od wynajętego pokoju były stalowe, więc zdecydowaliśmy się na pozostanie na noc. Wieczorem wybraliśmy się zwiedzić miasto i zjeść coś w restauracji Rapido (coś w stylu Mc Donalds). Niestety restauracja pomimo tego, że była otwarta, była… zamknięta. To jedna z wielu kubańskich zagadek, których nie udało nam się rozwikłać. Całe szczęście w pobliżu miejskiego Teatro Sauto trafiliśmy na bar / pizzerię, w której zjedliśmy pyszne i sycące spaghetti (bo pizzy nam pani nie chciała dać pomimo tego, że kubańczykom cały czas wydawała – to kolejna zagadka tego miasta). Obżarci wróciliśmy do domu i zasnęliśmy ostatnim, kubańskim snem.

 

19.02.2010 powrót do Hawany

 

 

Ostatni dzień na Kubie okazał się bardziej zaskakujący niż wszystkie poprzednie. Najpierw próbując znaleźć jaskinię Bellamar (wg przewodników dojazd świetnie oznakowany – w rzeczywistości kompletna klapa) przejeżdżaliśmy przez przekop pod torem kolejowym o szerokości równej „HA” (Hyunday Atos), później pobłądziliśmy próbując znaleźć przybrzeżną drogę do Hawany, wjeżdżając do Hawany próbowano nas znów oszukać (o tym za chwilę), a na koniec samolot wyleciał z ponad 1,5 godzinnym opóźnieniem.

Jaskinię Bellamar zwiedziliśmy w części turystycznej II-giej jakości, czyli mniej przygotowanej turystycznie niż główny ciąg. Zwiedzanie odbywało się w kaskach z mało efektywnym oświetleniem diodowym (trzeba było nieść kask w dłoni, żeby sobie świecić pod nogi, bo ze szczytu człowieka światło nie docierało do jego podstawy), ale całe szczęście w miejscach gdzie były niesamowite nacieki i kryształy kalcytowe przewodnik świecił porządnym halogenem. W jaskini jest bardzo ciepło (28 st.C) i wilgotno (98%), więc 30 minutowa wędrówka zadziałała na nas jak klasyczna mokra sauna. Warto się wybrać na trasę II jakości przygotowania (8 CUC od osoby), bo w odróżnieniu od trasy superturystycznej (5 CUC od osoby) posiadającej porządne oświetlenie i chodniki zawiera ona zdecydowanie większą ilość form spotykanych wyłącznie w jaskiniach obszaru tropikalnego.

Wracając do Hawany stwierdziliśmy, że najłatwiej będzie wjechać do miasta od północy – od strony Castillo del Morro, przez tunel pod kanałem. Jadąc Autopistą Nationale skręciliśmy zgodnie z drogowskazem na „Tumel”. Po przejechaniu około 20 km drogę zagrodził nam mężczyzna ubrany w mundur „Security” i po zapytaniu gdzie jedziemy powiedział, że pomyliliśmy drogę i musimy zawrócić. Żebyśmy jednak ponownie nie zabłądzili zaproponował nam, żebyśmy zabrali jego kolegę wraz z matką, którzy jadą również do Hawany, a oni pokażą nam jak najlepiej dojechać. Ponieważ tego dnia (wyjątkowo!) błądziliśmy już dwukrotnie zgodziliśmy się na zabranie pasażerów. Mężczyzna, który z nami jechał prowadził nas przedmieściami Hawany i doprowadził nas do wjazdu do tunelu po czym… zażyczył sobie 25 CUC na taksówkę powrotną do miejsca z którego go zabraliśmy. Oczywiście ostro się sprzeciwiliśmy, a w reakcji na to mężczyzna zmniejszył stawkę do 10 CUC i… zapomniał języka angielskiego mówiąc do nas już tylko po hiszpańsku. Po informacji, że zawieziemy ich na miejsce skąd z nami ruszyli i po wymianie kilku „ciężkich zdań” oszuści „zadowolili” się kwotą 5 CUC (była to kwota dla nas akceptowalna i doskonale wiemy, że wyższa niż kwota potrzebna na taksówkę). Przez całe okrążanie wyspy unikaliśmy wszystkich prób kradzieży i oszustw, a na koniec straciliśmy trochę czujności, co całe szczęście kosztowało nas tylko 15 zł. Widać tradycji musiało stać się zadość.

O 16:00 oddaliśmy brudnego Atosa do wypożyczalni (po przebyciu 3010 km), a sympatyczny pracownik wypożyczalni zawiózł nas na Aeropuerto Internacional Jose Marti.

Po przybyciu na lotnisko zauważyliśmy, że nasz samolot, na 3 godziny przed odlotem, ma już prognozowane 30 minut opóźnienia. Wypiliśmy zatem Mojito, kupiliśmy ostatnie prezenty, opłaciliśmy wizę wyjazdową (25 CUC za osobę) i wymieniliśmy pozostałe CUC na walutę europejską.

Samolot AirFrance ostatecznie miał 90 minut opóźnienia.

 

20.02.2010 Paryż – Warszawa

 

 

Opóźniony wylot z Hawany spowodował, że nie zdążyliśmy na nasz samolot z Paryża do Warszawy. Całe szczęście kolejny był 3 godziny później, więc o 18:00 dnia 20.02.2010 dotarliśmy do Warszawy, a później samochodem do Krakowa i dalej do Bielska-Białej.